Artykuły
Galeria
GRA
Losowe zdjęcie
O nas
Linki



EKO.naszekalety.eu



HISTORIA.naszekalety.eu

Znajdź na stronie
Rozkład jazdy Busa
Pogoda
Goście
Wszystkich gości :   178246

Dziś nas odwiedziło :  260

 
Zajrzyj na nasz profil na FB







Tato - wspomnienie o Edwardzie Goszyku. Jan Goszyk

Temat : Tato - wspomnienie o Edwardzie Goszyku. Jan Goszyk

Kategoria :  Aktualności       Data : 2016-09-23 23:28:47

 

Zamieszczamy wspomnienie o Edwardzie Goszyku pióra Syna Jana Goszyka.

Zdjęcie zamieszczam akurat to, bo jest to moje ulubione zdjęcie i takim właśnie zapamiętam Pana Edwarda.

Dziękujemy Panu Janu Goszykowi, za podzielenie się z nami taką bardzo ciepłą, osobistą refleksją.

 

 

 

 

 

Tato - wspomnienie o Edwardzie Goszyku

 

Pisać o swoim tacie. Niby to takie proste, a jednak czuję się jakbym miał pisać wypracowanie z polskiego I od tego chciałbym zacząć.

 

  Tato miał ogólne bardzo dobre wykształcenie (np. jego nauczycielem języka polskiego w gimnazium w Cieszynie był poeta Julian Przyboś) i kontrolował przynajmniej na początku moje prace (matematyka, biologia, geografia itd.). Jednak z polskiego siadał przy mnie i się zaczynało - dlaczego tej sprawie poświęciłeś jedno zdanie, dlaczego poruszyłeś ten temat z tej strony, a nie z tamtej. Kiedy zamieszkałem u niego (2-ga klasa liceum, bo dotychczas mieszkałem u mamy), to normą dla mnie było napisanie wypracowań 2 do 4 stron. Teraz moje wypracowania zaczęły stawać sie coraz dłuższe i coraz częściej nim do nich siadałem, przygotowywałem sobie plan o czym będę pisał. nie dziwota, że przed maturą moje zadania z polskiego, to 8 do 12 stron raczej nie wypocin, bo mi to przychodziło dość łatwo. Pamiętam, kiedy jeszcze mieszkałem u mamy, że w pierwszej klasie liceum zdobyliśmy mistrzowstwo szkoły w piłce nożnej i liście do taty napisałem mu, że gram na bramce. Wtedy w liście narysował bramkę, a na poprzeczce w pozycji wyczekującej bramkarza. Dotarło wtedy do mnie, że na bramce może być taliczka typu "Uwaga zły  pies", czy coś podobnego.

 

  Inna rzecz, której moi koledzy w klasie nie mogli przeżyć, to jeżdżenie na polowania. Kiedy tato dostawał pozwolenie na odstrzał dzika, czy o wiele rzadziej koziołka, to załatwiał te sprawy indywidualnie. Wstawał o 2-3 godzinie w nocy i kiedy rano wstawałem, babcia meldowała mi, że na podwórku leży ustrzelony dzik. Jeśli mięso mógł sobie zatrzymać, to w pamięci pozostają mi zrobione przez niego niezapomniane salcesony - palce lizać. Myśliwstwo było jego pasją i kiedy mówił mi, że wybiera się lub został zaproszony na polowanie, to starałem się go zawsze przekonać, żeby mnie ze sobą zabrał. Brałem udział w nagonkach, a ponieważ mam dobrą orientację, to w zupełnie mi obcych terenach wychodziłem tam, gdzie mi kazali. Oczywiście więcej emocji było, gdy były jeszczedo tego pieski, bo wiedziałem w którym kierunku rusza wypłoszone zwierzę i kto ma szansę go ustrzelić. W tym czasie tato zabierał mnie również na budowę strzelnicy myśliwskiej w Lublińcu (tato był wtedy łowczym powiatowym), a po jej otwarciu na zawody strzeleckie na szczeblu wojewódzkim. Tato miał dobrą rękę i oko; mógł wystąpić w drużynie  katowickiej na zawodach ogólnopolskich w strzelaniu myśliwskim, ale uważał, że są młodsi, którzy muszą się rozwijać i chętnie oddawał innym swoją szansę.

 

  Nie zapomnę też tego, kiedy przyjechał do mnie kiedyś pilarz taty pan Józef Kempa, że mam natychmiast jechać do domu (w Zielonej), bo stan taty jest krytyczny i leży w szpitalu w Lublińcu. Autobusem PKS-u jechaliśmy na Miotek, potem autem do Lublińca. Chyba ze dwa tygodnie zarwałem na studiach, ale kiedy jego stan się ustabilizował wracałem do Gliwic.

 

  Z tymi studiami też było tak, że przed maturą dyskutowałem z nim jaki wybrać kierunek. Odradzał mi pójścia na leśnictwo jako zle płatny zawód. W jego wspomnieniach pod koniec jego życia wyraził się, że zawód leśniczego nie był jego wymarzonym zawodem. Jednak jego rodzice wpoili mu protestacki epos pracy i taką myśl, że jeżeli coś robisz, to rób to dobrze.

Nigdy nie słyszałem z jego ust, że mu się nie chce, że przesunie wykonanie czegoś na pózniej, że przeleje to na barki innego. Takie rzeczy nie były znane w rodzinie Goszyków. Wręcz przeciwnie, czasami inni mu dokładali pracy, bo on przecież nie zawodził.

 

  Inną rzeczą były jego pasje historyczne i historia łowiectwa. Czasami jezdziłem z nim do Bytomia do ówczesnego Muzeum Śląskiego. Trwało to ponoć 20 lat, gdzie co tydzień odwiedzał ówczesne archiwum w Tarnowskich Górach, Bibliotekę Śląską w Katowicach i wspomniane już muzeum w Bytomiu. Tato zbierał też monety i przy tej okazji mogłem usłyszeć wykład na temet historii niektórych monet lub królów czy książąt wybitych na tych monetach. Kiedy pojawiły się jego pierwsze artykuły, traktowałem to jako dobry  "przypadek". Pózniej mieszkając już w Niemczech i widząc ile jego "rzeczy" zostało opublikowanych uświadomiłem sobie, że wiedza jaką posiada jest na poziomie akademickim. Przyjeżdżały do niego osoby, które zbierały materiały do prac magisterskich, a nawet doktoranckiej. Tak się nad tym zastanawiałem czemu to zawdzięcza. Myślę, że przede wszystkim jego żelaznej dyscyplinie. Miał wszyskto uregulowane. Śniadanie - koło 8-mej, zupa przed 12-tą, drugie danie - koło 14-tej. I na ogół był to koniec posiłków na dany dzień. Podobnie było z mierzeniem ciśnienia czy poziomu cukru we krwi. Jednak żelazną dyscypliną nie można osiągnąć takich wyników. Na pewno pomogła mu bardzo dobra znajomość niemieckiego i solidne podstawy łaciny. Swojego dziadka nie pamiętam, ale babcia moja bardzo dużo czytała, oglądała zawsze poniedziałkowe i piątkowe teatry telewizji. Stąd też jego "genetyczna" otwartość na wiedzę. Czy była to też ambicja, a może dążenie do wyznaczonych celów???

 

  Cóż jeszcze mógłbym o nim wspomnieć? Kiedy pisał, to było to raczej dopołudnia, bo twierdził, że w tym wieku umysł lepiej pracuje, kiedy jest wypoczęty. Telewizora nie włączał nigdy przed 17-tą. Przed wojną uczył się latać w szkole szybowcowej na górze Chełm w Goleszowie. Chciałem to latanie wpoić młodszemu synowi i zabierałem go kilka razy na tydzień na lotnisko. Rozróżniał już w wieku 3-4 lat, czy to Boeing czy to Airbus. A jednak nie udało się. Nie starał się w ogóle, by zostać pilotem.

 

  Prywatnie tato żył bardzo skromnie, to co zaoszczędził rozdawał innym - także i nam, kiedy do niego przyjeżdżaliśmy. Nie przywiązywał też wagi do ubiorów. A jednak umiał stworzyć wokół siebie atmosferę szacunku. I muszę powiedzieć, że przez szacunek do niego nigdy nie mówiłem do niego przez ty. Zawsze był dla mnie tatą i przyjacielem. Dlatego mówiłem do niego tato lub o wiele rzadziej dziadku.

 

  Mimo, ze wiele lat spędził jako "singiel", to jednak cieszył się na każdą wizytę różnych gości. Częstował ich często zrobionym przez siebie winem, a pózniej doskonałymi nalewkami. Będąc w ostatnim czasie w domu seniora, cieszył się z każdej wizyty przyjaciół i znajomych.          

A przychodziły do niego całe "procesje", jak się wyrażało kierownictwo tego domu. Tato pozostał do końca swoich dni z "klasą", dlatego tym boleśniejsze było rozstanie z nim. Pozostawił po sobie ogromną pustkę.



Autor artykułu : Jan Goszyk




 © Copyright Stowarzyszenie Nasze Kalety 2021

Designed by bambynek.com