
Tekst zainspirowany zdjęciem przesłanym mi przez pana Bartka Zbączyniaka.
"Zmieniają się rządy, kruszeją drogi, a dęby pną się wzwyż,
pisząc własną historię słońcem i deszczem.
Tylko on, szary wędrowiec z północy, trwa niewzruszony,
jak gdyby czas był jedynie lekkim powiewem wiatru
na jego chłodnym policzku."
Dane faktograficzne i geologiczne o głazie narzutowym w naszej Truszczycy bez trudu znajdziecie Państwo w internecie.
Dziś refleksja lekko literacka, zainspirowana tym oto starym zdjęciem :

Istnieją na ziemi miejsca, w których czas zdaje się wstrzymywać oddech, jakby chciał uszanować ciszę zaklętą w materii. Jedno z takich właśnie miejsc mamy u siebie, na wyciągnięcie dłoni ( albo psiej smyczy?). Na skraju prastarej alei w Truszczycy każdy może spotkać ten granitowy symbol i niemy świadek ludzkich losów.
Kiedy pan Bernhard Gajdzik ustawiał swój aparat dziesiątki lat temu, zatrzymał w kadrze chwilę ulotną: młodą jeszcze aleję, piaszczystą drogę i ten potężny, niewzruszony eratyk. Wtedy, w czerni i bieli tamtej fotografii, głaz zdawał się być jedynym pewnikiem w świecie, który lizał rany po wojennej zawierusze.
A dziś gdy patrzę przez pryzmat mojego telefonu na to samo miejsce, serce ściska słodko-gorzki skurcz wzruszenia. I przez głowę przemyka wiele myśli.
Tak wiele się zmieniło! Małe drzewka, które na starym zdjęciu nieśmiało pięły się ku słońcu, dziś są potężnymi dębami o spękanej korze i ramionach tak szerokich, że zdają się podtrzymywać niebo. Piaszczysty trakt, po którym stąpały bose stopy i toczyły się drewniane koła wozów, gdzie kiedyś może biegały dzieci i psy, dziś przykrył chłodny asfalt nowoczesności.
Ludzie, którzy wtedy mijali ten kamień, może zakochani pierwszy raz, spacerujący w majowym deszczu i szepczący obietnice?, może matki prowadzące za rączki malutkie dzieci?., może jakiś zbłąkany pielgrzym zdążający do Santiago, bo niedaleko przecież mamy nasz fragment Camino de Santiago?., a może leśnicy hrabiego doglądający boru? wszyscy oni odeszli w cień zapomnienia, stając się częścią ziemi, na której on wciąż trwa.
Ten głaz, oficjalnie nazwany przez urzędników gdzieś w 1954 roku "pomnikiem przyrody", dla mnie, a sądzę, że nie jestem w tym sama, jest on czymś znacznie więcej. Jest kotwicą pamięci.
Podczas gdy nasze życie jest jak mgnienie powieki, jak opadający jesienią liść dębu, jak wiosenny deszcz, on reprezentuje stałość, o której tak bardzo marzymy. Przetrwał lądolody, królów, w tym podobno Jana III Sobieskiego maszerującego na Wiedeń i milczące spojrzenia pokoleń fotografów.
Więc teraz patrząc przez wizjer telefonu na to samo miejsce, utrwalone kiedyś na czarnobiałej fotografii, widzę triumf trwania nad przemijaniem.
Głaz z Truszczycy nie zmienił swojego oblicza. Nie osiwiał, nie ugiął się pod ciężarem lat, nie stał się rozgoryczony i nie roztrząsa drobnych złośliwostek. On tu po prostu jest. Cierpliwy i cichy, otulony mchem i wspomnieniami. Przypomina nam, że choć my jesteśmy tu tylko na chwilę, zostawiamy po sobie ślady wplecione w krajobraz, który nas kochał.
Może właśnie dlatego tak bardzo mnie dziś wzrusza? Bo w jego chłodnym granicie odnajduję nadzieję, że jest coś, czego czas i drugi człowiek nie potrafi zniszczyć.




