Wszystko zaczęło się od rozmów.
Od szeptów przy stolikach w małych kawiarenkach, od notatek kreślonych na marginesach codzienności, od wiary, która nie potrzebowała rozgłosu, by płonąć jasnym ogniem. W tych pierwszych dniach była Ona, Alinka. Niezłomna, niezmordowana, z sercem większym niż mapa naszego miasta. To ona pierwsza odważyła się powiedzieć głośno, że w Kaletach może wydarzyć się coś wielkiego.
Najpierw pisał o nas Tygodnik Gwarek. Potem przyszły radiowe serwisy, głosy płynące z anteny Radio Katowice, aż wreszcie poruszający reportaż TVP Katowice, który sprawił, że uwierzyliśmy jeszcze mocniej.
Zaczęły pojawiać się informacje o rzeczach, które w tak niewielkim miasteczku nie miały prawa się udać.
A jednak.
W Kaletach, mieście otulonym lasami i ciszą śląskiej ziemi, zawiał wiatr społecznych przemian. Przyniósł projekty o rozmachu, którego nie powstydziłyby się duże ośrodki. Im głośniej mówiło się o nich poza naszymi granicami, tym bardziej milczały oficjalne miejskie kanały.
Bo przecież to niemożliwe.
Czy możliwe jest, by w sercu Śląska ktoś porwał się na Guinness World Records?
Pamiętacie tamtą grę planszową. Chwilę, gdy wstrzymywaliśmy oddech, nie wiedząc, czy przyjdzie ktokolwiek. A przyszły setki. Mieszkańcy, uczestnicy z niemal całej aglomeracji, goście z różnych stron Polski. Na wałach w Zielonej stanęli razem, udowadniając, że granice istnieją wyłącznie w naszych głowach. Tamta energia, uchwycona w profesjonalnych kadrach, stała się symbolem tego, co rzekomo było niemożliwe.
Czy możliwe jest, by młodzież zamiast narzekać ruszyła do lasów. By biegała między drzewami, zbierała śmieci, pisała artykuły, występowała w radiu, robiła zdjęcia i tworzyła widokówki.
Wieloletni Cykl "Ekowiedza" nie był wykładem. Był drogą. Wieloletnią pracą nad zmianą myślenia, która wdarła się do szkół i domów, czyniąc z dzieci ambasadorów planety na długo zanim ekologia stała się modnym hasłem.
Czy możliwe jest, by w środku lasu zabrzmiał koncert. By między drzewami stanął Rybak, Wikliniarka, Kuźnik, Garncarz, rękodzielnik?
Gdy lasy Zielonej wypełniły się śmiechem podczas pierwszego Rodzinnego Grzybobrania, narodziła się tradycja. Autentyczna, radosna, integrująca. Wydarzenie, które dla nas było cudem wspólnoty, dla innych stało się marką Kalet, rozpoznawalną daleko poza granicami powiatu tarnogórskiego. Do dziś z dumą patrzymy na otrzymany za Grzybobrania tytuł Marki Lokalnej.
No i Grzybobranie gościło nie tylko w Zielonej, lecz także w Truszczycy i w Jędrysku oraz w Ichtioparku.
Czy możliwe jest przywrócić do życia historię.
Przedrukować dawne wydawnictwa. Stworzyć nowe, może niedoskonałe, lecz pełne serca. We współpracy z młodzieżą i seniorami opracować historyczny kalendarz ze starą mapą Jędryska. Ocalić słowa, obrazy i pamięć, by każdy mógł wziąć je do ręki bezpłatnie, bez barier, i poczuć, że to jego historia.
Albo czy to możliwe, by w czasie pandemii, gdy wszyscy żyliśmy właściwie i oddychaliśmy strachem, powstała kolejna społeczna akcja?. W czasie, kiedy świat ogarnęła pandemia, a niepewność zdawała się zataczać coraz większe kręgi, z naszych serc popłynęła kolejna fala solidarności. Zrodziła się inicjatywa, która stała się odbiciem tego, kim jesteśmy, gdy liczy się dobro drugiego człowieka. Akcja Kalety. Społecznie szyjące maseczki ręce, wspierane najpierw pomysłami, potem materiałami, zaczęły z miesiąca na miesiąc tworzyć coś znacznie większego niż tylko ochronę fizyczną. Wspólnie zebrane środki miały trafić na zakup tkanin, wody, rękawiczek i środków czystości, które potem były przekazywane placówkom najbardziej potrzebującym. Ta akcja nie była tylko szyciem, to był nasz cichy hymn jedności, nasza odpowiedź na strach i niepewność, nasza gotowość, by stać ramię w ramię z tymi, którzy potrzebowali wsparcia najbardziej. To wtedy prawdziwe serca tego miasta, mieszkańcy, przyjaciele, sąsiedzi, zamknęli wszelkie podziały i pokazali, że nawet wśród burz, najlepsze, co możemy zrobić, to podać sobie nawzajem ręce i z miłości stworzyć coś pięknego
A gdy wokół zapada cisza, my wciąż się spotykamy. Przy pieczeniu pierniczków, których zapach niesie się dalej niż jakiekolwiek oficjalne komunikaty. Te pierniczki wędrują potem do szpitali, domów opieki, domów dziecka jak małe listy nadziei.
Dzielimy się czasem. Dzielimy się sercem. Wciąż dzwonią do nas ludzie, by podziękować za ocalone publikacje, za pamięć, za to, że ktoś chciał zachować lokalną tożsamość od zapomnienia.
Można o nas milczeć.
Ale nie można nas wymazać. Bo tych porywów i działań było dużo więcej, ale brakło by internetu, by o wszystkim się rozpisać.
Za rekordami, za edukacyjnym rozmachem, za wszystkimi wyjazdami, projektami, za tysiącami godzin pracy wykonywanej po godzinach, kosztem wolnego czasu i często własnych środków, stoi garstka ludzi.
Dlatego dziś, w Dniu Organizacji Pozarządowych, spoglądając na drogę, którą przeszliśmy jako Stowarzyszenie Nasze Kalety, życzymy wszystkim, którzy działają społecznie, tym widocznym i tym cichym, serdeczności, wrażliwości i prawdziwej wspólności. Niech nigdy nie zabraknie ludzi gotowych uwierzyć, że nawet w najmniejszym mieście można dokonywać rzeczy wielkich.
Ludzi, którzy od tak jak my od lat, udowadniają, że pasja jest najsilniejszym silnikiem świata.
Niewielka grupa społeczników z miasta wśród lasów, którzy ośmielili się uwierzyć, że niemożliwe jest tylko słowem.
A słowa, jak wszystko, można przecież zmienić.




